Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
14 Śmiech w ciemności
Miało mnie na celowniku
58661
mafiozów,
ale tylko 15 oddało strzał...
Księga|15

Chcesz byś informowany o nowych notkach? => Wpisz się


Dodaj mnie
Prolog
1 Bezlitosny, wkurzony Wampir
2 Malutki zwiad Krystiana
3 Niegrzeczni chłopcy
4 Małe kłamstewko
5 Jednak dobrzy ludzie nie wyginęli
6 Wódka dla duszy, butelka dla ciała
7 Szeptem - tak najłatwiej powiedzieć
8 Zacznijmy żyć jeszcze raz
9 Pszczółka
10 Poranek w Nictorios
11 Zapowiedź wojny
12 Pan Szymon
13 Piwnica Daniela
14 Śmiech w ciemności
15 Zrób to sam - czyli jak zrobić granat dymny
16 Zabawa na samochodowym dachu
17 Volvo
18 Paramonov
19 Strzał który sprawił wiele bólu
20 Czekając na cud
21 To co dobre, szybko się kończy
22 Szukając pomocy
23 Debile z mojego bloku
24 Komplikacje
25 xat.com
26 Lotnisko "Ławica"
27 Kraksa
28 Co to jest pornos?
29 Człowiek pozwalający sobie na za dużo
30 Hard core'owe grafitty
31 No to plusk
32 Zabierając Akiko do domu
33 Zdjęcia
34 Stacja na obwodnicy
35 Droga krajowa E30
36 Bartulla
37 Ślad zaginął
38 Motorem do Świebodzina




Wróć
13:47:38 21/04/2009
Powrót

14 Śmiech w ciemności

Wrr…. Te przeklęte schody! Z piwnicy na trzecie piętro… ostatkiem sił wlekę nogi po kamiennych stopniach. Czemu w tej starej kamienicy nie ma windy??? No może dlatego że jest stara =.= znienawidzę schody… ale spoko, jestem na trzecim ^^ tak chyba z przyzwyczajenia weszłam do salonu. Na kanapie siedzi sobie taki kolo z wieloma bliznami na twarzy. Miał na sobie koszulkę z krótkim rękawkiem, więc mogłam zobaczyć, że na rękach też ma skórę w nienajlepszym stanie. W swoich pokiereszowanych dłoniach trzymał jakieś kartki. Czarna chustka na głowie w białe poziome paseczki, ewentualnie biała chustka w czarne poziome paseczki… chustka w zebrę! Teraz dobrze!
- Kto tam? – powiedział spokojnym, beznamiętnym tonem. Jego głos dosłownie mnie paraliżował. Jak szczekanie wielkiego obcego psa kiedy w pobliżu nie ma pana i myślę, że zaraz mnie ugryzie ów zwierz.
- Tylko ja… - moje gardło było surrealistycznie ściśnięte, dźwięk jaki się wydobył raczej mało przypominał mój głos. Mężczyzna spokojnie odwrócił głowę i spojrzał mi prosto w oczy. Brr…. jego oczy miały kolor dość trudny do sprecyzowania. Takie blade… niby to zielony, ale jakiś taki szary…. Jakby nawet trochę błękitny. Ten sam problem miałam ze sprecyzowaniem włosów. Niby szatyn, ale tu i ówdzie były refleksy grantowego koloru. A miejscami dała bym im nazwę kasztanowych. Miał bardzo ostre rysy twarzy. Durzy spiczasty nos, wąskie wargi, krótkie rzęsy i bardzo zaniedbane brwi. Najgorsze były jednak blizny na ciele. Trzy równoległe, poziome blizny na prawym policzku i jedna nadzwyczaj gruba przecinająca je wszystkie szrama zaczynająca się gdzieś przy brodzie a kończąca na czole. Jak niesamowity musiał być to ból! Ta blizna przechodziła przez oko. Jakby kot się na niego rzucił. Pełno małych blizn szpecących tę już i tak niepiękną twarz. Ręce nawet temu nie dorównywały! Na całej długości lewej ręki był ślad jakby ktoś wbił nóż w ramie i przeciągnął ostrze po całej długości ręki. Dłonie pocięte pod każdym możliwym kątem. Ale to nie było samookaleczenie. Przynajmniej tak wyglądało. Kiedyś coś takiego widziałam. Tata pracuje… Ekhem…Tata pracował, w szpitalu jako sanitariusz. Kiedyś byłam z nim w pracy. Tak wyglądał trup jakiego przywieźli, po tym jak facetowi wybuchł granat w ręce. Wtedy myślałam, że to był żołnierz i przywieźli go z daleka, teraz widzę, że ten koleś też trzymał w ręce granat odłamkowy, bez zawleczki. Przez chwile patrzyłam na te stare rany. Facet miał skłonność do bliznowców… czyli jego blizny się nie goiły we właściwy sposób, tylko zostawały czerwone.
- Czego się gapisz? – burknął. Jego głos był naprawdę paraliżujący. Szczekający pies to złe określenie… Wielki, głodny, warczący wilk! Rzuci się na mnie i zagryzie! Zwłoki zostaną w lesie, gdzie nikt ich nigdy nie znajdzie. Tak. Kiedy on do mnie mówił nawet rękę nie mogłam ruszyć. Jakby warzyła pięć razy tyle co normalnie.
- J-ja chcia-ciałam c-cukru…. Bo, bo Da-anio tam…. I patelnie…. – sama nie rozumiałam tego co mówią, zaczęłam się jąkać. Spojrzał na mnie tymi niezidentyfikowanymi oczami i się gapił. Miałam wrażenie jakby zaraz jego wzrok przypalił ni skórę.
- Cukier i patelnia… - wstał z kanapy, odłożył dokumenty i wolnym krokiem szedł w stronę kuchennych drzwi. Otworzył jedna z białych szafek i podał mi aż dwie pełne torebki cukru, po czym ogromną patelnię.
- Tak dużo? – spytałam z niedowierzaniem
- To przecież Danio… on wszystkiego potrzebuje w nadwyżce. Już taki jest…
- A tak właściwie ty, to kto? – zapytałam, kiedy już zabierał rękę podającą patelnię.
- Osobą…. – uśmiechnął się ironicznie
- To wiem.
- To poco się pytasz skoro wiesz?
- Chcę wiedzieć więcej. – Dopytywałam się
- Kasia… nie możesz się wszystkiego dowiadywać – poczochrał mi ciemne włosy na głowie, a po plecach aż przeszły mi ciarki. Miał bardzo zimne ręce.
- Ej, skąd znasz moje imię? – krzyknęłam, ale zaraz się opanowałam, bo ten głos naprawdę przyprawiał o dreszcze.
- Wszyscy je znają mała… lepiej szybko niech ci nadają jakieś przezwisko, bo cały Poznań zaraz je pozna. Chociaż nazwisko pozostaje póki co tajemnicą…
- Jestem Kasia M… - położył mi palec na ustach, kiedy chciałam się przedstawić.
- Od teraz nie masz nazwiska… jesteś tylko Kasia… - powiedział cicho. Schylił się do wysokości mojego wzroku
- Ale…
- Cii…. Kasia – spojrzał na mnie znacząco - Uwierz… nie chcesz żeby ktokolwiek je poznał.
- Dlaczego? – odsunęłam się od niego na tyle, by ręka nie zakrywała moich ust
- Powiedźmy, że moje nazwisko poznała niewłaściwa osoba.
- Kto? – pytałam zawzięcie.
- Mesjasz… - powiedział i spuścił wzrok
- Widzę, że nie tylko ja nie lubię tego pana.
- Dobra… co ten niemiły pan zrobił naszej Kasi? – jakby jego głos zmienił barwę. Do teraz taki ostry niczym ryk tygrysa, jakby złagodniał. Może na tej pokiereszowanej twarzy pojawił się i uśmiech? Wzruszyłam ramionami i przekrzywiłam głowę. Co miałam powiedzieć? Panie... jego córka wparowała mi w nocy do domu i zabiła rodzinkę! Wolałam zachować milczenie.
- To ja już wezmę tę patelnie… - w oczach zakręciły mi się łzy. Wyszłam bezpośrednio na korytarz. Stanęłam jednak w futrynie i na chwile się odwróciłam. – Jak pan ma na imię?
- Jestem Konrad… Ale nazywaj mnie jak chcesz…
- Jak mam się domyślać… nazwiska nie ujawnisz?
- Kasia, nawet tacy ludzie jak Patric nie znają mojego nazwiska, a co dopiero taki szkrab jak ty.
- Czyli w takim razie…. Miło było poznać panie Konradzie – uśmiechnęłam się. Chyba po raz pierwszy od początku tej rozmowy.
Biegłam wzdłuż korytarza. Kamienna podłoga, sprawiała wrażenie bardzo starej. Obdrapane z tynku i farby ściany były niczym wydarte z horroru. Korytarze były taż mało naświetlone. Ten: mimo że długi na jakieś piętnaście – dwadzieścia metrów miał tylko dwa okna. Jedno na końcu, drugie przy schodach. Każdy kolejny korytarz był taki sam jak poprzedni. Jedyną różnicą były postawione w kontach nieliczne zielone kwiaty w wiekowych doniczkach. Na czwartym i drugim piętrze powieszono obrazy. No ciekawe, ciekawe… były to kopie takich obrazów jak Mona Lisa, psy co w pokera grają, jakaś kobitka w czerwonym. O Lol! Skąd oni mają takie fajne obrazy? Ale wyglądał jak oryginalne. Ale nic nie przebije tego co było na pierwszym piętrze pod oknem! To jedno piętro wyglądało przyjaźnie. Ściany nie były uszkodzone. Podłoga z lśniących płytek. A na końcu przy ogromnym oknie stałą rzeźba. Nie jakaś tam nowoczesna szmira, ale taka prawdziwa kamienna rzeźba. W marmurze (chyba) był wykuty jakiś stary facecik i dwóch młodszych. Wszyscy trzej „na waleta”. Oplatały ich węże morskie. Jakby chciały tę trójkę udusić. Zawsze tylko przebiegałam koło tych wszystkich piękności bo było zadanie do wykonania. Teraz też nie miałam za wiele czasu na podziwianie. Jak zawsze tylko przebiegłam obok patrząc w locie jak to pięknie wygląda. Schodami w dół…. Nabieram wprawy w tym bieganiu. Jakoś tak z przyzwyczajenia chciałam w pierwszej chwili wybiec na dwór. Szybko jednak nie skręcając w drzwi frontowe, biegłam dalej w stronę piwnicy. Jednak na tych stromych stopniach bieganie jest nie wskazane. Z wolna schodziłam, patrząc czy aby pewnie stoję. Niepewnie stanęłam przed drzwiami. Nacisnęłam klamkę i popchnęłam drzwi. Zawiasy zaskrzypiały. Dość wolnym krokiem weszłam do środka.
- Daniel… - zapytałam ciemności
- Tu jestem! – Powitał mnie jego wesoły głos.
Już mu przeszło zdenerwowanie. W pokoju rozbłysła biurowa lampka i niewyraźna łuna zaczęła się leniwie snuć po pomieszczeniu. Danio siedział sobie sam na krzesełku koło stołu i patrzył się na mnie. Dopiero teraz poczułam dziwny zapach. Jak z apteki, albo szpitala. Specyficzny chemiczny zapach.
- Co tak śmierdzi? – zapytałam lekko niezadowolona
- Brom się wylał – zaczął suszyć zęby – I lepiej nie zbliżaj się do tamtej szafki – pokazał palcem w ciemność, no tak… nie widzę na co pokazuje – Zgubiła mi się pokrywka od trotylu i jest tak prowizorycznie przykryte talerzykiem. Tylko ze na tym talerzyku to leży sobie karbid… Eee… najlepiej nie odchodź od stołu ^^ to jedyne „bezpieczne” miejsce w moim malutkim świecie wynalazków.
- A propos wynalazków… cos już wynalazłeś?
- Małą… ja już ze cztery lata siedzę w mojej branży. Napisałem układ okresowy pierwiastków jeszcze raz i sam się pokapowałem do czego są acetylenki. Einstein przy mnie to kretyn.
- Krety? A IQ sobie zbadałeś? – ironicznie
- 142! Nikt mi nie podskoczy – powiedział pełen dumy – mówiłem że Einstein to kretyn.
- Ale że E=mc2 nie pokapowałbyś się!
- Gdybym musiał to pewnie sam bym do tego doszedł. Z resztą ja jestem chemik a nie fizyk – pokazał mi język. Patrzył na mnie taki wesoły, tymi swoimi oczkami. Jedno zwykłem drugie tatuowane.
- Teraz dawaj cukier – wyciągnął do mnie rękę.
- Mówi się „proszę”! – wtrąciłam
- Na jednej ręce mam „przepraszam” a na tej mam „proszę”. – przekręcił nieznacznie głowę – Wyryłem to żeby w końcu nikt się nie czepiał, że nigdy nie przepraszam!
- A na czole sobie napisz „dziękuję” – Zakpiłam. Danio złapał do ręki długopis. Odgarnął z czoła długą blond grzywkę i zaczął pisać.
- D…Z…I…Ę…K…U…J…Ę… Are you happy? – uśmiechnął się szeroko. Jeśli to w ogóle możliwe, bo temu kolesiowi banan z twarzy nie znika.
- Yes, I am! – zaczęłam się cicho śmiać pod nosem
- Kasia… jaki szpan angielskim! – upuścił długopis i zaczął się śmiać ze mnie i mojego fatalnego akcentu. Nie wytrzymałam. Wszystko mi wypadło z rąk. Zaczęłam się śmiać, sama nie wiem z czego. Dosłownie wybuch głupawki. Widząc, że zaraz się popłacze ze śmiechu, daniel aż położył Siena blacie i skręcał się ze śmiechu
- HA! HA! HA! HA! Takie z nas angliki, jak z Krysa baletnica. – oparłam się o futrynę niemal dusząc się śmiechem
- HA! HA! HA! HA! Jak z Igora, Francuz – Daniel z trudem mówił bo, jego głos aż drżał od napadu idiotyzmu.
- HA! HA! HA! HA! Jak z Akshaya, katolik – jechałam do parteru i siedząc na podłodze, trzymając się za brzuch, słuchałam kolejnych debilnych tekstów typu: Jak z Patricka, blondyn. Jak z Hamleta, Phantom. Naprawdę nie wiem co nam nagle odbiło. Siedzieliśmy jak ostatni idioci w tej ciemnej dziurze, płaczą ze śmiechu. Pan inteligentny spadł z krzesła. W chwili jak uderzył o ziemię z moich oczu popłynęły łzy. Całą twarz mnie bolała od tego szczerzenia się. Upadający Danio był szczytem. Teraz to już płakałam ze śmiechu. Chłopak tylko odkopnął krzesło, które w chwili obecnej uwierało go tu i tam. Kiedy niepotrzebny mebel znalazł się w koncie pod ścianą, doszywany braciszek spojrzał na mnie, pokładającą się na podłodze wybuchnął najszczerszym i najdebilniejszym śmiechu na jaki było go stać. Dobre dziesięć minut staraliśmy się uspokoić. Czasem człowiekowi się tak zdarza, że nie może opanować euforii i najzwyczajniej w świecie śmieje się jak dziecko upośledzone z byle czego. Ja osobiście kocham moje przypływy głupawki. Jeden taki atak bardzo dotlenia itepe.
- Kasia… jak myślisz uda nam się dzisiaj zrobić ten granat dymny?
- Brat… jeśli nie wstaniemy z podłogi, to na pewno nigdy nie zrobimy nawet małej zadymy. – powoli i dość dziwacznie wstałam z betonu. Podeszłam do Dania i podałam mu rękę, by pomóc wstać. A! Jaki on ciężki! Staram się zwlec te zwłoki z podłogi. Ale on nie współpracuje. W moich sławnych za dużych butach, nagle się poślizgnęłam. Ja się niemiłosiernie wywaliłam!!! Już oczekuję spotkania z zimną podłogą, a tu nagle takie miękkie, ciepłe coś. A zaraz po tum, stłumiony krzyk.
- Aaa… - jęknął Daniel – Boli… Kasiula, wbiłaś ni łokieć w brzuch… :/
- Wybacz… - usiadłam sobie na jego biodrach i z lekkim uśmiechem patrzyłam w te błękitne oczka.
- Czy ty nie czujesz tak jakby dyskomfortu?
- Czego?
- Spójrz jak siedzisz… - wskazał na mnie palcem
- Normalnie. Tak jak na Hamlecie.
- I to jest twoim zdaniem normalne?
- Nie, bo siedzenie jest zje*ane! Od teraz wolę stać! –wytknęłam język wstając
- To że wszyscy do około bliźnią, to nie znaczy że tobie wolno!
- Brat, mamy równouprawnienie. Skoro ty możesz, to ja też!
- Niegrzeczna dziewczynka! – pogroził mi palcem – Niu, niu!
- Patrz na siebie
- Dobra Kasia… robimy ten granat, bo inaczej do wieczora nie skończymy.

Niewidzialna
Skomentuj