Przestało padać, a droga była ślizga i mokra. Klaudia powtarzała: "Andrzej zwolnij... Andrzej nie szalej... Andi uspokój się"... i tak od pół godziny. Dyskusja przedniego siedzenia trwała w nieskończoność. Co kawałek auto podskakiwało na nierównej drodze. Zgodnie z GPS to była najkrótsza trasa. W ciemnościach godziny trzeciej w nocy, na horyzoncie widziałem jakieś miasto. Niczym oświetlona wyspa na oceanie pól, pogrążonych w ciemności. Zagajniki, wzburzone fale, co chwila zasłaniały wyspę, by za moment znów pokazać mi jej piękno. Mknęliśmy krajową trzydziestką, kierując się na Frankfurt. Akurat teraz przejeżdżaliśmy przez most na Pliszce. Jak na razie zatrzymaliśmy się tylko na chwilę w Świebodzinie. Ponoć jeden z pasażerów jadącego tuż za nami opla, źle się poczuł. Tak... a ja mam na głowie napisane "idiota"? Staliśmy tam przez dobre dwadzieścia minut i coś mi mówi, że kierowca i właściciel corsy, po prostu zrobił sobie przerwę na dziwki, ale moje prywatne uwagi pozwolę sobie zatrzymać dla siebie. Klaudia - nasz operator mapy utrzymywała, że "to nagły niespodziewany atak choroby lokomocyjnej". Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Paweł jest świetnym kierowcą. Ma zielono-żółty motocykl, na którym podobno jeździ z Poznania do Leszna, do dziadków. I taki ktoś miał dostać lokomocyjnej? Opel za nami jechał z czterema osobami. Wcześniej wymieniony kierowca to jedna z najstarszych osób w tej całej zbieraninie. Paweł tak pospolity w urodzie, o włosach obciętych na jeżyka i oczach których koloru nikt by nie umiał określić. Nawet moja stara koleżanka Magda, gdy raz starała się określić ten kolor powiedziała "Szaro-niebiesko-zielone, a przy źrenicy żółtawe". Tak też dziwne oczy zyskały kolor. Ale skoro ma alergie na zwierzęta.. to może i na zbyt długą jazdę? Po chwili zadzwonił mój telefon. Stara dobra muzyczka z filmu, którego nazwy nie mogę sobie przypomnieć. Najwyraźniej komórka obudziła mojego towarzysza... Bartulla przekręcił się na bok i na wpół otwartymi oczami spojrzał na mnie
- Daleko jeszcze? - zapytał cicho i niewyraźnie
- Daleko.. spokojnie przyjacielu.. obudzę Cie jak dojedziemy Uśmiechnął się i momentalnie - jakby wyłączony pilotem położył się na mnie i zasnął. Ciężki blond łeb przygniótł mi rękę, w której trzymałem dzwoniący telefon. A niech śpi.. nie będę na niego teraz warczał, że ma mnie nie gnieść. Przełożyłem telefon do drugiej ręki i odklejając się od szyby - w końcu odebrałem. O dziwo dzwonił Marek. Gitarzysta o poszarpanych, długopalczastych dłoniach. Przeważnie stroniłem od niego. Gdy tylko dredziarz chciał uścisnąć moją dłoń nie wypadało odmówić, ale gdy tylko to zrobił, czułem jak wszystkie kości mojej ręki pękają. Był silny jak tur. Klatkę miał normalną, nie był napakowany. Ramion też nie miał super umięśnionych. Jedynie dłonie. Krążyła plotka, że ubezpieczył je na pokaźną sumkę.Zdziwiłem się, czego może ode mnie chcieć. O szlak! Zaraz będzie czwarta, a my nadal tak daleko od celu.
- Halo? Daniel? - zapytała mnie słuchawka
- Nie, święty Mikołaj - Westchnąłem i odpowiedziałem tekstem usłyszanym od Bartulli. W końcu tylko ja korzystam z tego telefonu.
- Mikołaju! Kopnij w cztery litery swoje renifery, żebyśmy do świtu dojechali. Uśmiechnąłem się i tylko przytaknąłem. Podałem komórkę Klaudii... Wyłączałem się. Spałem dziś na raty, wspólnie może dwie - trzy godziny. Akurat byliśmy koło Torzymia. Aut było jak na lekarstwo. Czasem mijała nas ciężarówka, czasem jakiś motocyklista samobójca. Przestałem słuchać. Klaudia mówiła coś, że woli jechać tak jak teraz. Marek truł swoje pierdolamęty każąc przyśpieszyć. W końcu komórkę przejął Andi. Gadali jeszcze przez parę kilometrów, by w końcu wrzucić mój telefon do schowka z przodu. A niech leży! Usłyszałem cichy szept... żebyśmy zapieli pasy. Potem samochód zaczął przyspieszać. Podniosłem głowę, nic nie mówiłem. Mijaliśmy nieliczne małe domki, pojawiały się co kawałek jakieś drzewa. Czerwony samochód nas wyprzedził. Jego lakier zadziałał na Lipnickiego jak płachta na byka. Wdepnął ile tam fabryka dała i gnał!
- Kurwa Andi! zejdź do stu na godzinę, albo osobiście ci przypierdolę w ten pusty łeb - zdenerwowałem się. Nie chciałem, by nagle zza któregoś zakrętu wyskoczyło inne auto.
- Nie pękaj! Czy ja się kiedy rozbiłem? - zobaczyłem uśmiech wariata w tylnym lusterku. Zjechał na przeciwny pas i wyprzedzał opla. Jednak na upartego, corsa nadal chciała jechać szybciej. Dłuższą chwilę Andi nie mógł przejechać przed Pawła, a nie mógł pozwolić sobie na zjechanie za nim. Taki wyścig - droga była prawie pusta. Opel strasznie zwolnił. Niemal od razu znalazł się dobre kilkadziesiąt.. później kilkaset metrów za nami. A gdy odwróciłem się by spojrzeć przez tylną szybę.. co takiego się stało - widziałem jedynie ciemniejące z każdą sekundą światła reflektorów. Andy był tak rozentuzjazmowany, że swym krzykiem radości obudził leżącego na mnie kumpla
- Kurwa... - Jęknął. Podnosząc się dotkliwie wbił łokieć w mój bok. Nie powiem by tu: na tylnym siedzeniu auta ojca Lipnickiego było luźno... siedzieliśmy po ciemku, ściśnięci jak te sardynki, albo pliki Winrara. Był też ten plus, że przynajmniej ciepło było. - Ziomuś, co jest? - Bartulla potrząsnął głową. Gdyby miał tak długie włosy jak ja, najpewniej uderzyłby mnie nimi po twarzy. W moje biodro wbijał się twardy "cosiek". Ów "cosiek" mógł być dużym telefonem, jakimś dziwnym aparatem, albo najzwyklejszym w świecie gnatem. Po jaką chorobę mu w takich okolicznościach klamka? Rozepchnąłem się na siedzeniu chyba przygniatając Akiko. Mruknęła coś sobie pod nosem. Zaspany Bartek, krzyczał coś na Andrzeja: po kiego diabła tak się ekscytuje? Nie, nie, nie... Jest mi tu tak ciasno i niewygodnie, że na pewno nie będę się wdawał w żadne rozmowy. W dodatku te różowe, futrzane kostki dla Bartulli mnie cisną. Jak z tond wyjdę, będę połamany. Oparłem głowę o szybę. Tylko zobaczyłem zielono-białą tabliczkę z nazwą miejscowości... że tyle,a tyle kilometrów do miasta takiego, a takiego.. reklamę... że jakiś zajazd.. że stacja benzynowa.. były to obrazy tak prozaiczne, że nawet w największej nudzie prawie nikt by nie zwrócił na to uwagi. W bocznym lusterku zobaczyłem twarz Klaudii. Była taka nieruchoma.. przestraszona. Obróciłem się patrząc na drogę za nami. Wielki czerwony kogut policyjny powoli nas doganiał.
- Szlak! - krzyknął Andrzej, przerywając kłótnie z Bartkiem. Myślałem, że zobaczył jadącą za nami policje, ale to tylko butelka wody spadła, rozlewając się mu na spodnie i podtapiając dywanik samochodowy. Jego reakcja nie była jeszcze nad zbyt spowolniona. Zobaczył radiowóz. Z nieadekwatnym bananem na twarzy wdepnął gaz. Chciał uciec. Przecież w Poznaniu nie raz krzycząc "JP" przeskakiwało się przez płoty i dawało w długą. Teraz po ciemku, samochodem zdawało mi się to niemożliwe w tym niegościnnym obcym terenie. Po obu stronach drogi rozciągał się las. Jak na złość zaczęły pojawiać się samochody jadące w przeciwnym kierunku.
- Po kie uciekasz! - ktoś rzucił hasło
- Stój! - krzyknęła Klaudia.
Chwilę później w coś uderzyliśmy. Pasy wbiły mi się w bark. Bartek nie był zapięty. Dzięki ciasnocie, miał zaklinowane nogi. Rozpęd wyrzucił go z miejsca i uderzył o skrzynie biegów. Nie słyszałem nic.. To strach zatkał mi uszy? Czy przeraźliwe krzyki mnie ogłuszyły? Nie wiem... Nie wiedziałem wtedy nic. Tylko ta świadomość... Że mam przy sobie nielegalną Berettę.. że za posiadanie trafie do pudła. Bałem się, tak jak w chwili.. gdy kilka lat temu usłyszałem od - wtedy jeszcze nie emerytowanego Dziadunia, że to moje ostatnie podrygi. Czułem tą chorobę, jej oddech na plecach. Jednak nie pozwolę, by zabiło mnie cokolwiek innego niż ona.. By cokolwiek zabiło nas.. Nie teraz! Klakson nieprzerwanie wył, samochód stał. Zza maski sterczało jelenie poroże. Gdzieś za nami policyjny kogut. Właśnie przyjechał. Dopiero policjanci - a dwóch ich było wyszli z pałami, spluwami na ulicę. Dlaczego klakson wyje? Spojrzałem na naszego kierowce, który uderzył głową w kierownice.. przyćmiło go. Pies otworzył drzwi. Krzyczał... Na ziemie skurwielu! Ręce na głowę, nogi szeroko. Lipa odzyskał świadomość i strzelił w umundurowane cielsko. Usłyszałem dwa huki. Bartek podniósł się. Otworzyłem drzwi i wyskoczyłem ciągnąc przyjaciela za sobą. Akiko wybiegła drugą stroną, w przeciwną część lasu. Drugi glina... Wysoki i chudy tak skrajnie przypominający mi Pawła Podkowińskiego, jadącego czerwonym oplem wystrzelił, a kula śmignęła tuż obok mojej nogi. Odskoczyłem biegnąć.. gdzie? Ciągnąłem Bartka, dopiero po chwili to zauważyłem, gdy ten się potkną. Wywrócił się na ziemie. Policjant nadal biegł. Bartulla wyjął z kieszeni przetartych ze starości wycierusów Lugera i oddał kilka strzałów. Policjant upadł, ale wiedziałem, że nadal żyje.Biegłem jeszcze przez chwilę, gdy dotarło do mnie co robię. Uciekałem.. wiedząc, że zostawiłem kumpli z wrogiem. Wrogiem z którym na pewno sobie poradzą, ale z wrogiem. Nocą, potykałem się o każdy wystający korzeń i konar. Wszystkie krzaki były barykadami nie do pokonania. Ślizgałem się na ściółce mokrej od deszczu. Podnosiłem się.. i wracałem do auta. Musiałem. Gdzieś za mną padły trzy strzały. Jeden po drugim, jak na strzelnicy. Nie pozwoliłbym sobie na jeszcze więcej tchórzostwa. Dotarłem do szosy. Upiorny krzyk, najgorsza z symfonii szatana. Rozpaczliwe błaganie o pomoc dziewczyny. Nie liczyły się uderzenia i zadrapania od upadków.. niczym była ostatnia rana kolana. Najpewniej świeżo zasklepione ranki znów się otworzyły. Wróciłem do pozostałości po aucie. Wszystkie drzwi były otwarte na oścież, również klapa maski. Radiowóz obrócony bokiem nadal miał włączonego koguta, jednak nie wył. Pod koła Mitsubishi wskoczył jeleń. Wielki jak koń... no taki niewyrośnięty kucyk, ale jednak koń. Pognieciona maska.. blacha w stanie tak strasznym, że Robercik... Najspokojniejszy, najmniej konkretny mechanik świata zwany "Szajbą" dostanie ataku pianotoku, gdy Andi będzie błagał go by to wyklepał. Zwierze było martwe. Żal tak pięknego leśnego króla z rogami, które najlepiej powiesić nad kominkiem. Miałem dziwny sentyment do zwierząt, zrobiło mi się przykro.. w tej wielkiej uczuciowej pustce, w tym strachu pojawił się smutek. Z odrętwienia obudził mnie nadal nie ustający krzyk. Plama jeleniej krwi, ginęła gdzieś na poboczu. Mieszała się z nią krew policjanta. Przypominający Jamesa Bonda mundurowy, niczym w moich oczach nie różnił się od jelenia. Jednak parzystokopytny znaczył coś więcej.. Gatunek zagrożony, majestatyczny ecetera.... natomiast on.. zwykły człowiek - nic. Tak jak i ja. Przebiegłem obok niego i natychmiast znalazłem się przy przednich siedzeniach wozu. Andy z rozwalonym łukiem brwiowym, podartą koszulką "Dead by April", którą tata przywiózł mu ze stanów... Musiał być wściekły... Rozbił jego samochód - wart więcej niż cala ekstaza z auta Paramonova. Oparty o otwarte drzwi wraku, przeczesywał włosy, strosząc je. Ciągłe ich dotykanie, ręką brudną od jego własnej krwi sprawiło, że lewa strona głowy była umazana na czerwono. Jednak rozcięcie nie wyglądało na poważne. Jeden czy dwa szwy załatwiły by sprawę. Miał mokre oczy i policzki, przymknięte z bólu lewe oko. Po brwiach ściekała krew, sącząca się leniwie ku brodzie. Przykląkłem przed nim i łapiąc go za głowę, zmusiłem by na mnie spojrzał. Wzrok nieobecny, patrzący gdzieś daleko za mnie.
- Andi... Andrzej... - Potrząsnąłem nim - Lipa! kurwa twoja mać! Gdzie reszta?!
Powoli zaczynałem się martwić, że coś mu się na prawdę stało. Siedzenie pasażera na wysokości barku, aż do bioder miało czerwone zacieki. Andrzej przekręcił głowę i spojrzał na tylne drzwi wraku. Puściłem go i szybko podbiegłem do miejsca, które wskazywał wzrokiem. Na obu siedzeniach leżała Klaudia, zwrócona nogami w moją stronę i ciężko oddychała. Byłem rozdarty pomiędzy radością - że jeszcze żyje i strachem, że coś jej się stało. Obiegłem auto od tyłu i pochyliłem się nad nią oceniając szybko ogrom zniszczeń. Żółty podkoszulek z królikiem, rybaczki... Nawet księżyc nie chciał współpracować i nie zaszczycał wnętrza auta swoim blaskiem. Gdzieś w szczerym lesie, w najciemniejszą noc... zastanawiałem się co mam robić. Podniosła głowę, a na twarzy tak przesyconej bólem ujrzałem cień uśmiechu.
- Danio...
- Co się stało? - Nie wiedziałem co mam robić. Prawe ramie miała przestrzelone.
- Andrzej gdzie?...
- Żyje! - Odezwał się wołany chłopak. Podsłuchiwał? W lesie było tak cicho, ze mój szept byłby słyszalny.
- Co się stało? - powtórzyłem pytanie Szybko powiedziała mi jak to było. Gdy wyskoczył jeleń, chciała krzyczeć, by zatrzymać Andrzeja.. jednak on nie posłuchał. Uderzyliśmy i auto stanęło. Radiowóz podjechał, policjanci wysiedli. Pierwszy podszedł od strony kierowcy, drugi pobiegł za mną i Bartullą w las. Andrzej poszarpał się z policjantem co zaowocowało roztrzaskaniem łuku brwiowego. Dziewczyna przeżyła, bo pasy ją zatrzymały. Wysiadła z auta i chciała pomóc Andrzejowi. Piękna idea! Policjant widząc, że ktoś do niego celuje sam wyciągnął broń i strzelił do niej. Byłem pewien, że chciał ją tym zabić. Przecież w innym wypadku strzelił by jej w nogę. Wtedy, wykorzystując jego rozproszenie - Lipnicki zastrzelił napastnika. Oprócz wielkiego siniaka, od pasów miała też przestrzelone na wylot ramie. Trochę po ostatnich wydarzeniach łapałem się w ranach postrzałowych. Może mógłbym jej jakoś pomóc? Szybko odskoczyłem od niej i otworzyłem bagażnik. Spod toreb i wszelkiego śmiecia... tuż obok przepisowej gaśnicy dumnie leżała biała apteczka.. znaczy biała to była pięć lat temu, ale mogę uznać, że ten żółto-szaro-brązowy twór był kiedyś biały. Wytargałem apteczkę i jeszcze w marszu przeszukałem jej zawartość. Dziwna aluminiowa folia, jakieś plastikowe pierdoły nieznanego mi przynajmniej pochodzenia, przeterminowane tabletki na chorobę lokomocyjną i woda utleniona razem z bandażem i plastrami.
- Klaudia.. bądź łaskawa zdjąć bluzkę.Pomogę ci z tym ramieniem
- Nie! Zboczeniec - zbulwersowała się natychmiast.
- Chcesz posiedzieć chwilę w staniku, czy wolisz się wykrwawić? Przewracając oczami zgodziła się. Pomogłem jej najdelikatniej jak tylko umiałem - pozbyć się zakrwawionej ścierki. Niezbyt dobrze mogła ruszać ręką.
- Zaszczypie - Ostrzegłem i polałem ranę wodą utlenioną. Tylko zacisnęła zęby i udając twardą nie powiedziała nic. Rana wlotowa wyglądała czysto. Nic nie zostało poszarpane.. natomiast wylotowa, miała w sobie drobinki łamanej kości łopatki. Przetarłem to ze starej krwi i brudu. Skrzepła krew tamowała dalsze krwawienie. Starałem się wszystko robić delikatnie. Zdawałem sobie sprawę, że to nie kumpel - pies na którym wszystko się zagoi.
- Starczy - Powiedziałem po kilku minutach, gdy podjechał jakiś samochód. Zatrzymał się tuż przed radiowozem. Czerwony opel corsa! Wybiegli z niego Tomek i Shiro. Satanista z głośnym i standardowym "o kurwa!" znalazł się tuż obok mnie. Właśnie Klaudia zakładała bluzkę.
- Dzwoniliśmy do was kurwa! Napierdalałem na wszystkie znane mi do was numery, ale wy do jasnego chuja pana nawet nie raczyliście odebrać! A w tego pierdolonego łosia to już kurwa nie mogłeś się nie wjebać, co nie? - krzyczał Paweł wysiadając z auta. Trzasnął drzwiami. Gdyby była to szyba ze zwykłego okiennego szkła najpewniej poszła by w mak.
- A co ja jestem? Twoja prywatna kurwa, żeby czekać aż zadzwonisz żeby mnie wydymać? - odpysknął Andi
- Uspokójcie się do cholery! - Długowłosy satanista stanął między nimi. Kogutami, stroszącymi piórka by rzucić się na siebie z dziobami.
- A teraz gadać! Gdzie Bartulla i ta wasza japońska koleżanka obrazki na nk?